30 października 2009

sweet friday


Już chyba nie ma dnia bez myśli o przetrwaniu, bez myśli bólu głowy, bez myśli jak bardzo dziś smakowała mi twoja szyja, bez tych miliardów myśli, które w istocie odgrywają bardzo istotną rolę w życiu nastolatka. 
Żyję od piątku do piątku, lubię w poniedziałek myśleć, że za 4 dni będę mówiła o piątku jutro. Dziś piątek. Fajny dzień. Jedyny, który ratuje mnie przed utonięciem w książkach od niemieckiego. Przychodzisz do domu, rzucasz torbę w kąt, zakładasz legginsy w panterkę, trochę sprzątasz w kuchni, co bardzo cieszy mamę <ave zmywarka>, bierzesz telefon, kładziesz się przed telewizorem i mtv 2, wisisz na telefonie przez godzinę z Johnnym, może ktoś zrobi obiad, a może nie, telepizza, potem jakiś czilajt i gadugadu. Boże, bless guys who have created the world.
Nie wiadomo czy istnieje coś takiego jak Halloween, anyway, Johnny przychodzi po mnie w nocy i wymykamy się na cmentarz, łaaa, lubię Johnnego, krzyczy nawet przy tak beznadziejnych horrorach jak Gdy dzwoni nieznajomy. 
W ogóle to uwielbiam z nim być w nocy. Urok miasta, jego śmiech, mroźne powietrze, taki dreszcz przechodzi po ciele, gdy miliony świateł rozbryzguje się w oczach.
Jutro akcja Znicz, fajnie, lubię Hannover, niezłe to miasto. Lubie słuchać radia w samochodzie i ciepły podmuch klimatyzacji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz