30 marca 2011

anyway


Dzisiaj jestem smutna, tak troszeczkę. Trochę mocno, albo mniej, nie wiem jak to policzyć. Trochę ratuje mnie jeszcze ten cały trip hop, nauczyłam się już testów prawie wszystkich piosenek Faithless, dobrze, że nie są aż tak ambitne. 
Jak co roku rekolekcje napawają mnie wielką niewiarą. Albo może w kolejne dziwne przemyślenia typu: boże, natchnij tych ludzi. 
Wszytko znowu do mnie wróciło. Spotkałam starych znajomych, wyciągnęłam stare książki i płyty, chodzę w miejsca, gdzie nie powinno mnie być. Nie powinnam się tak cofać, ale, kurde, jestem wtedy taka szczęśliwa.
http://www.youtube.com/watch?v=o_mi7rD-_9c

22 marca 2011

a new daydreaming

Oh, miałam napisać coś fajnego, ale oczywiście wszystko zapomniałam, trochę zmienił mi się nastrój po czytaniu różnych głupot w internecie i zmieniłam stację na last.fm z Amy Winehouse na Massive Attack, awww, nie potrafię się uwolnić od tych gości. Moja głowa szaleje od nadmiaru downtempo. Ale jest dobrze, tak niesłychanie dobrze, jest wiosna, nie chce się chodzić do szkoły, prawie codziennie urządza się piękny wagarowy dzień. 
Dobra, nie chce mi się pisać. Skoczyłoby się na Maltę znowu. A chyba jutro mam z czegoś sprawdzian. Tylko sobie nie mogę przypomnieć z czego. Oh, to liceum. Jest w wystarczającej odległości od domu, że gdy przy nim jestem, myślę sobie, że dam radę przejść się jeszcze kawałek do parku.

4 marca 2011

little busters

Znowu przegięłam i wszystko skończyło się na tym, że mama wysłała mnie do internisty. A ja raczej tak średnio lubię internistów. Najbardziej to lubię laryngologów, kardiologów i jednego pana chirurga, który mnie ostatnio zszywał. Ale dobra. Skutkiem mojej nieleczonej choroby były mistyczne przeżycia na języku niemieckim z temperaturą ciała jakieś trzydzieści dziewięć sześć, ale po lekcji jeszcze odbyłam trzykilometrowy spacerek do domu w mrozie. No i było źle. Bardzo źle. 
Mogę teraz powiedzieć, że nigdy nie pomyślałabym trudno jest walczyć. Cieszę się teraz każdym oddechem jak małe dziecko. Oddycham. Śpię spokojnie, nie muszę się pilnować, żeby się nie udusić. Jeszcze zatoki trochę nawalają, boli głowa, czasami mam ochotę wypluć płuca. Ale powoli odżywam. Nawet myślę o szkole, chociaż odpisywanie lekcji przyprawia mnie o mdłości.
Mam zamiar postąpić, cóż, nieodpowiedzialnie, wypłynąć sobie jutro na osiemnastkę, chociaż jeszcze czuję słodkawy posmak antybiotyku. 
Czas choroby to całkiem spoko czas na nadrabianie zaległości kulturalnych. I kradnięcie z internetu filmów. Jest spoko. Szkoda, że się już kończy.