27 lutego 2011

unfinished sympathy


Jest niedziela, jest świetnie, nie powiem, że nie. Jestem chora, wysiadła mi krtań, bolą mnie wszystkie stawy i się rozpierdalam po mieście. No i na dodatek mój big bro wyrwał mi gniazdo w moim słodkim laptopisiu (dobra, to byłam ja, ale do czegoś ma się rodzeństwo) no i jakoś nie mogę podłączyć słuchawek, a ja mam taką ochotkę na massive attack, ooojjaaa. No to myślę sobie, poczytam sobie jakąś książkę z mojej całkiem rozbudowanej biblioteczki, potem uświadamiam sobie, że wszystkie ciekawe pozycje porozdawałam mojej babci kotomaniaczce z jednym kotem i cioci polonistce, czytam jakieś Kwiaty Pustyni i Zhańbione, różne ckliwe opowiastki o tym, jak to na Zachodzie mamy zajebongo, według Johnnego.
Dobra, nauczyłam się już ograniczać swoje ciało, tak aby samo ustalało sobie odpowiednią temperaturę ciała, gorączka przechodzi mi samoistnie bez "tatuuuusiiiuuu' (btw, mój tata jest spoko gościem, jest supcio). Po co mam się nad sobą rozczulać, skoro i tak jutro wywalą mnie do szkoły za szmaty. 
A mi przez te chore choroby przeszły koło nosa dwie osiemnastki, nooo.
moja ulubiona chorobowa nuta http://www.youtube.com/watch?v=ZWmrfgj0MZI
no i takie małe what the fuck http://www.youtube.com/watch?v=QK-GKqFReZQ

23 lutego 2011

m

Kocham mini grypkę jak nowe drzwi w naszej szkole, którymi już kilka razy dostałam w głowę, bark i inne części ciała.
maths, you should fuck yourself.
phisics, - I I -

18 lutego 2011

you'd go back


Rzygam włosami, rwę oczy, wypluwam jelita. Mam cię w oczach, w sercu, którego jednak nie mam, bo je zjadłam i ciągnęłam po chodniku. Porwało się na kawałki. Rzucam mózgiem o ściany, płaczę srebrem, krzyczę woda i sikam powietrzem, wszystko jednocześnie, wrzucam język do betoniarki i próbuję mówić 'kocham', wykręcam sobie palce, łamie nogi i wyrywam je, wyrzucam na klif, lecą w dół, do morza. Rozbijam się o skały i płynę przez oceany światów. Zabijam własna świadomość, zabijam własne życie, po co mi ono. Mój umysł jest tak żywy, tak chory, czuję każdy przedmiot, czuje każdą myśl, słowo, szept, spojrzenie, ulotność dusz w chmurach. Przeżera mnie miłośćnienawiść, od środka, jak kwas. Cały świat nie żyje wokół mnie. Może ryczy ze szczęścia i gwałci mnie.
Drżą mi usta.
Podobasz mi się. Ale ja też podobam się tobie. I nawet teraz wszystko straciło już sens. 
Wychodzę za księcia elfów i będę mieć skrzydła. 
Nie chcę, tak bardzo nie chcę.

14 lutego 2011

valentine's


OSCYLATOR HARMONICZNY!!!!
@#$%^&*!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
holly shit. jestem oburzona. totalnie. że jutro mam kartkóweczkę z fizyczki. i umiem gufieko. a przecież dzisiaj są walentynki, no!
kurdeeeeee. od tego semestru jestem jednym wielkim dostatecznym na mat-fizie. kurdeeeee.

11 lutego 2011

so cold


Klasyczna zimna fuzja jest teoretycznie możliwa do przeprowadzenia w silnych polach:magnetycznym i rotującym elektrycznym, kiedy to dwa stany Landaua obiegają się w tzw.układzie podwójnym gwiazd bez lub na około ciężkiego jądra atomowego w stanie tzw.paczki trojańskiej zjonizowanego deuteru. Można wtedy oszacować pole krytyczne i częstość obiegu, kiedy przekrywanie się funkcji falowych jest rzędu szerokości samych funkcji. W warunkach laboratoriów ziemskich są to jednak pola gigantyczne, charakterystyczne dla obiektów astrofizycznych.
Aby zbliżyć dwa jądra deuteru na odległość równą średnicy protonu i obiegające się nawzajem z prędkością bliską światła, co gwarantuje zimna syntezę w 100% na parę tzn. 10-15 m, wymagane jest pole magnetyczne o natężeniu 1011 T, tzn. podobne do pól wewnątrz magnetycznych gwiazd neutronowych tzw. magnetarów. Aby je zbliżyć na odległość porównywalną w sytuacji tzw. katalizy mionowej, tzn. 206 razy mniej niż promień Bohra, wystarczy pole 106 Tesli. Dla pól odpowiadających eksperymentowi piroelektrycznemu wystarczą pola rzędu 1000 T, czyli największe osiągalne szczytowo w ziemskich laboratoriach podczas eksplozji.

Oj, nie nie. Ja nie jestem debilką. Zimna fuzja jest ok. Tylko jeszcze sobie trochę nad tym pomyślę. Tylko jak ja wyczaruję takie pole magnetyczne, hmmm? Je sobie do głowy włożę. I wyfuzjuję. I przez krwiobieg do serduszka. 
Bardzo mnie teraz boli moja rana pooperacyjna. Znowu byłam nieostrożna. No trudno. Dam radę, to nie był jakiś masywny atak. Tylko na żywca trzeba mnie było zeszyć. Jestem bogatsza życiowo przynajmniej. 
Splitting the atom. 

8 lutego 2011

littlest brutal things

coś tu teraz napiszę.
kurwa. kurwa. kurwa. 
ktoś coś spierdolił. i to wcale nie byłam ja, ale jak zwykle wszystko się na mnie odbiło. ciekawie, nie powiem. że w jednym dniu masz przyjaciół, a w drugim się za nich wstydzisz. to bynajmniej nie jest moja wina, że ktoś sobie zaczął pracować w klubie nocnym. o ja pierdole. to chujowo zabawne, c'nie. i że ja potem zostaję opierdziel, ze za dużo zarabiam na moim obiboczeniu, bo właśnie kurier przyniósł mi książkę z moją fotą na okładce, znowu byłam za bardzo zajebista. i mój chłopiec jest zbyt cudowny, nie zmieścił się w kategorii małomiejskich slumsów. 
o ja pierdolę. no i po co tak właściwie komuś ufać, skoro za dzień czy za dwa, ktoś ten staje się człowiekiem pokroju, którego najbardziej starałeś się unikać, a twoje próby moralizatorskie nie przynoszą skutku. potem stajesz się tak jak ja, cyniczna do szpiku kości, zmęczona i tak cholernie rozbawiona, i nawet trochę zawiedziona. kiepskie doświadczenie. potem przychodzi chwila, że ktoś cię przeprasza, budujący moment, a twoja pokora znika, duma rośnie i nagle masz wszystko w dupie. to jest fajne. świetne. i znowu jestem najlepsza. 
już jestem trochę mniej zła. i trochę mi przykro. okej.

5 lutego 2011

xoxo

Ferie są cudowne. Męczące, kolorowe i tak cholernie wolne. Pieprz się, liceum. Z wspaniałymi ludźmi, z muzyką i ciepłymi ustami w wietrzy dzień.
Tylko fotografować się już nie chce, a ciągle się jara nowym canonem w fotojokerze.
dobra, nie chce mi się tu teraz pisać. złamałam sobie nogę na nartach, hahaha, ciekawie. 
lubię bardzo last.fm. bajdzio.