Lubię, kiedy kobieta omdlewa w objęciu, kiedy w lubieżnym zwisa przez ramię w przegięciu, gdy jej oczy zachodzą mgłą, twarz cała blednie i wargi się wilgotne rozchylą bezwiednie. Lubię, kiedy ją rozkosz i żądza oniemi, gdy wpija się w ramiona palcami drżącemi, gdy krótkim, urywanym oddycha oddechem i oddaje się cała z mdlejącym uśmiechem. I lubię ten wstyd, co się kobiecie zabrania przyznać, że czuje rozkosz, że moc pożądania zwalcza ją, a sycenie żądzy oszalenia, gdy szuka ust, a lęka się słów i spojrzenia. Lubię to, i tę chwilę lubię, gdy koło mnie wyczerpana, zmęczona leży nieprzytomnie, a myśl moja już od niej wybiega skrzydlata w nieskończone przestrzenie nieziemskiego świata.
Nie mogę pisać bloga w święta, bo blog tylko przypomina mi, że mam być chuda. Ale teraz się nie da. Już żałuję, że są święta, chociaż się jeszcze nie zaczęły. Nie umiem się teraz uczyć, chociaż muszę. Jutro poznam dużo nowych ludzi, boję się, nie lubię obcych. Będę obchodzić Wielkanoc, chociaż sama nie wiem czy wierzę w Boga. Byłam u spowiedzi i zapomniałam powiedzieć księdzu, że się nachlałam w weekend na imprezie. Muszę się uśmiechać i być dla wszystkich serdeczna. Mam zniszczone włosy i paznokcie. Moje całe życie jest zniszczone, ciągle sprawiam mamie przykrość. Mama jak nikt inny potrafi wzbudzić we mnie poczucie winy. A ja nie umiem mówić o swoich uczuciach. Chcę być tylko dobrym człowiekiem. Być zawsze najlepsza. Być inteligentna i piękna, dużo pisać i fotografować. Teraz robię dużo zdjęć, staram się wszystko wycisnąć z mojej pięcioletniej puszki. Chcę, żeby znowu porwała mnie wyobraźnia, ale już chyba za mało we mnie tej autentyczności i naturalności. Zjadły mnie schematy. Psuję się. Jestem uzależniona od internetu. Jestem chora.