Ferie skończyły się. Tona ciuchów + litry lakieru do paznokci. Dekadżule lenistwa. Hektoniutony siły trzymającej mnie w łóżku. Kiloomy oporu naukowego. Megawolty napięcia melanżowego. Gigaherce miłości. Terawaty miłości. Petapaskale miłości. Eksa-, zetta-, jotta- miłości.
Szybko zginę w szkole. Teraz walczę o swoją pewność. Jestem już taka niezależna, że to aż boli. Jest mi z tym dobrze, a trochę źle. W te ferie wyłączyłam telefon i facebooka, wypłynęłam do innego miasta i rozkoszowałam się pełną (chciałabym pełną, ale jednak częściową) anonimowością, wykreowałam nową siebie i byłam naprawdę zajebista. Szczęśliwa. Chciałabym zawsze być szczęśliwa, ale ten świat mnie zjada. Po co tyle udawać. Jestem mała, a on taki duży. Jest zły w swej dobroci. A ja nie mogę być krucha. Jestem silna i odważna. Jak można lubić ludzi jednocześnie będąc pewnym siebie i znając swoje wartości? Kontrasty. Nie mam siły. Jestem zmęczona, jest mi zimno. Kupiłam dzisiaj zbyt drogie i zbyt modne ubrania, aby być cichym przeciętniaczkiem. Noszę głowę zbyt wysoko. Biorę wszystko, albo nic. Jestem zbyt inteligentna, alby dać się stłamsić. Zbyt przebiegła i zbyt sprytna. Bardzo starannie wybieram sobie przyjaciół. Nie używam wielkich słów.
Z obawą myślę o maturze, ale nie mogę się jej doczekać.
Z obawą myślę o maturze, ale nie mogę się jej doczekać.
Aha, w ferie jeszcze się zatrułam. Nie, nie alkoholem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz