Moja mama często powtarza "Cudze chwalicie, swego nie znacie". Myślę, że ma to coś wspólnego z moim zachwytem nad Berlinem i częstymi wypadami za zachodnią granicę (ale ludzie, ja tam mam po prostu blisko, chociaż byłoby jeszcze bliżej i szybciej, gdyby warszawiacy przestali blokować projekt autostrady z Poznania do Berlina! Wylotówka z Wawy na Łódź to po prostu masakra, zazdroszczą nam, poznaniakom, tej mini autostradki). Tak więc mały, tygodniowy trip do Warszawki. Przyznaję, że tym razem w pełni poświęciłam się zwiedzaniu, a nie dryfowaniu po miejscach typowo rozrywkowych :). Tym razem Warszawa zupełnie mnie oczarowała. Nawet Poznań wydał mi się jakiś taki zwyczajny. Ale Poznań, jest mój, codzienny, a ta cała stolica... inna. Nawet ładna. Dziur w drogach nie mają, skubańcy.
Kolejny tydzień miał być spędzony po prasku, ale jeszcze myślę. Zbyt spontanicznie ostatnio mi się żyje. Na razie chce mi się uczyć. To śmieszne, ale naprawdę chcę coś zrobić. Ciągle myślę nad studiami i coraz bardziej przekonuję się, że moi rodzice jednak mieli rację... Może jeszcze dostanę się jakimś cudem na tę medycynę. Od września biologiczna mobilizacja sił.
To takie fizycznie sprawy. A duchowo... jest dziwnie. Namieszałam. Dużo tęsknię. Napiszę o później. Może. Kiedyś pisałam takie poetyckie posty, kurde. A teraz, jak na moim pierwszym blogasku, kiedy miałam 10 lat.
Ale odnalazłam moją ukochaną piosenkę w przedszkola/podstawówki. Samanta Mumba i Gotta tell you, proszę państwa!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz