29 stycznia 2012

jeśli miłość isnieje


"My z drugiej połowy XX wieku, rozbijający atomy, zdobywcy księżyca, wstydzimy się miękkich gestów, czułych spojrzeń ciepłych uśmiechów. Kiedy cierpimy wykrzywiamy lekceważąco wargi. Kiedy przychodzi miłość wzruszamy pogardliwie ramionami. Silni cyniczni z ironicznie zmrużonymi oczami. Dopiero późną nocą przy szczelnie zasłoniętych oknach gryziemy z bólu ręce i umieramy z miłości".
Interpretowałam kiedyś ten wiersz jako wypracowanie z polskiego. Był piękny. Tęsknię za nim. Tęsknię za literaturą, za poezją, za pisaniem, za zapachami i ciepłym wiatrem. Ale żeby nie było, że jestem jakaś popieprzona, czy coś. Fajny wierszyk. Ale w sumie to jestem. Wczoraj wysłałam do kumpeli esa, że nie mogę iść do klubu z techniawką świętować jej osiemnastkę, bo jestem chora. Oczywiście, gówno prawda. Ja to ją nawet lubię. Ale już nie mogę znieść tych moich przyjaciółeczek-kretyneczek i ich chłopaczków-prostaczków. Przynajmniej dałam im powód do kolejnego objechania mnie. Spoko, akceptuję to. Jestem tolerancyjna. I zarozumiała. I totalnie wykończona głupotą ludzką. Mnie to nawet już nie smuci, nawet trochę bawi. 
Ta sobota była cudowna. Mój niby facet zabrał mnie na domówkę do swojego kumpla. Po pokoju płynął szary dymek z fajki wodnej, szisza była truskawkowa. W tle mistyczne dźwięki Guns'n Roses. Przytulałam się do niego, gdy tańczyliśmy do Don't Cry. Alkohol strzelał nam po podniebieniach. Patrzyłam na jego twarz, gdy słodko wycieńczony, usnął na kanapie o czwartej nad ranem. Śmiałam się. Ostre kity wciskam tym moim przyjaciółeczkom. Że niby go nie kocham. Nie kocham, bo nie umiem, nie dlatego, że nie chcę. Ale on wie jaka jest moja ulubiona piosenka i że trwa szesnaście minut. Słuchałam jej leżąc na jego łóżku, ubrana w jego koszulkę. Bity w dziesiątej minucie brzmiały tak jak bicie jego serca. 
Jestem dzisiaj zbyt ckliwa. Nie wiem dlaczego. 
Chciałabym nauczyć się lubić ludzi.
Notka z dupy. 
Wracam z teen bloga.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz