Dzisiaj blog pięć razy nie istniał, a dziesięć razy przepraszał i zapewniał, że nic mu nie jest. Przeszło mi przez myśl, że Onet sam postanowił usunąć te bzdury ze swoich serwerów, ale jednak blog, stary i już bezużyteczny, wciąż tu istnieje. Głupio by było stracić swoje zapiski z niemalże czterech lat, chociaż marne, ale moje. Jestem zbyt sentymentalna.
Mam wrażenie, że przyszedł taki czas, w którym należy zamknąć pewien etap swojego życia i zacząć wszystko od nowa. To tak banalnie brzmi i mam nadzieję, że będzie takie banalne. Sama się zepsułam. Stałam się po prostu głupia. Już nie chodzi o zaniedbany rozwój intelektualny, ale o całą mnie, wiecznie niezorganizowaną, niedostępną, nieśmiałą, arogancką, zamkniętą i leniwą. Trudno mi się to pisze. Chyba trudno mi będzie zmyć ten majestatyczny wizerunek, który wyprodukowałam przez dotychczasową naukę w liceum, które zamiast pchać mnie do przodu, cofa i męczy. Za rok matura, za rok zmieni się całe moje życie. Boję się tego, bo wiem, że nie mogę już bazować na swojej inteligencji i pewności siebie; nie mogą zjeść mnie ambicje, nie mogę się potknąć i pokazać, że jestem nikim. Przestałam już wierzyć, że będę trwać wiecznie, na wszystko mam czas. Dobrowolnie popełniłam już tyle błędów, że czasami topię się w odmętach własnego sumienia. Jestem młoda, może tego czasu mam naprawdę dużo, ale nie chcę go tracić na coś, co normalne i przeciętne, chcę sięgać tylko po to, co najlepsze.
Przez te dwa lata, większość czasu spędziłam na kontrolowaniu siebie i wytykaniu sobie pomyłek, a potem na ignoranckim noszeniu głowy wysoko. Na zbieraniu inspiracji i odtwarzaniu, a nie tworzeniu. I wciąż to samo. Za wszelką cenę próbowałam się wybielić, będąc najmądrzejszą, kpiąc z innych, wykorzystując wszystkie znane mi i prymitywne sztuczki, poniżej mojej przeciętnej, z łatwością przynoszące efekty. Na swój pokręcony sposób starałam się być idealna, na sposób, który uszczęśliwiał mnie tylko na chwilę.
To wszystko trochę porąbane, co nie? Czas sobie samej strzelić w twarz, obudzić się wreszcie. Boli mnie to wszystko, ten stracony czas, to bezsensowne serce, skupianie się na sobie. Jestem skomplikowana, już to kiedyś słyszałam. Robię tak wiele sprzecznych rzeczy. Nie mam żadnej pasji, poza samą sobą i bezsensem. Uważam się za piękną i jednocześnie siebie nienawidzę, swojej osobowości i ciała. Mojej płytkiej osobowości. A może jeszcze nie jest ze mną tak źle, skoro nie brak mi dystansu, aby siebie skrytykować. Ta świadomości jest tak jasna i parzy. Podejmuję nierozsądne, idiotyczne decyzje, a potem boję się wycofać z dokonanych wyborów, aby nie splamić sobie honoru i nie okazać się słabą. Wszystko co robię, muszę robić z klasą. Nie lubię ludzi. Nie potrafię tłumić w sobie złości latami, ale pamiętać o cudzych błędach, owszem. Pochopnie zmieniam obiekty uczuć, odchodzę, zapominam i bawię się od nowa. Tak bardzo skupiam się na samej sobie. Godzinami zastanawiam się, ile dla kogoś znaczę, czy ten ktoś o mnie myśli, czy mnie kocha, czy zauważyłby mój brak, gdybym nagle zniknęła. Czy tęskni. Ta powłoka, która nie pozwala mi pokazać rozczarowania i każe mi zawsze być ponad wszystko, nawet miłością, jest ze mną tak długo, że nie chcę, aby kiedykolwiek znikała. Jest dobra. Chroni mnie i moje miękkie serce, tak podatne na wszystkie krzywdy, chociaż tak naprawdę jeszcze ich nie zaznałam. Nigdy tak naprawdę nie byłam zakochana. To uświadomił mi on, gdy całował mnie otumanioną alkoholem i szepnął: "Jesteś taka śliczna, ale wiem, że nigdy nie będziesz moja". Tak, miał rację, ja lubię być niczyja, moja własna. Jest inteligentniejszy ode mnie, chociaż nie ma już żadnego znaczenia.
Mam wrażenie, że przyszedł taki czas, w którym należy zamknąć pewien etap swojego życia i zacząć wszystko od nowa. To tak banalnie brzmi i mam nadzieję, że będzie takie banalne. Sama się zepsułam. Stałam się po prostu głupia. Już nie chodzi o zaniedbany rozwój intelektualny, ale o całą mnie, wiecznie niezorganizowaną, niedostępną, nieśmiałą, arogancką, zamkniętą i leniwą. Trudno mi się to pisze. Chyba trudno mi będzie zmyć ten majestatyczny wizerunek, który wyprodukowałam przez dotychczasową naukę w liceum, które zamiast pchać mnie do przodu, cofa i męczy. Za rok matura, za rok zmieni się całe moje życie. Boję się tego, bo wiem, że nie mogę już bazować na swojej inteligencji i pewności siebie; nie mogą zjeść mnie ambicje, nie mogę się potknąć i pokazać, że jestem nikim. Przestałam już wierzyć, że będę trwać wiecznie, na wszystko mam czas. Dobrowolnie popełniłam już tyle błędów, że czasami topię się w odmętach własnego sumienia. Jestem młoda, może tego czasu mam naprawdę dużo, ale nie chcę go tracić na coś, co normalne i przeciętne, chcę sięgać tylko po to, co najlepsze.
Przez te dwa lata, większość czasu spędziłam na kontrolowaniu siebie i wytykaniu sobie pomyłek, a potem na ignoranckim noszeniu głowy wysoko. Na zbieraniu inspiracji i odtwarzaniu, a nie tworzeniu. I wciąż to samo. Za wszelką cenę próbowałam się wybielić, będąc najmądrzejszą, kpiąc z innych, wykorzystując wszystkie znane mi i prymitywne sztuczki, poniżej mojej przeciętnej, z łatwością przynoszące efekty. Na swój pokręcony sposób starałam się być idealna, na sposób, który uszczęśliwiał mnie tylko na chwilę.
To wszystko trochę porąbane, co nie? Czas sobie samej strzelić w twarz, obudzić się wreszcie. Boli mnie to wszystko, ten stracony czas, to bezsensowne serce, skupianie się na sobie. Jestem skomplikowana, już to kiedyś słyszałam. Robię tak wiele sprzecznych rzeczy. Nie mam żadnej pasji, poza samą sobą i bezsensem. Uważam się za piękną i jednocześnie siebie nienawidzę, swojej osobowości i ciała. Mojej płytkiej osobowości. A może jeszcze nie jest ze mną tak źle, skoro nie brak mi dystansu, aby siebie skrytykować. Ta świadomości jest tak jasna i parzy. Podejmuję nierozsądne, idiotyczne decyzje, a potem boję się wycofać z dokonanych wyborów, aby nie splamić sobie honoru i nie okazać się słabą. Wszystko co robię, muszę robić z klasą. Nie lubię ludzi. Nie potrafię tłumić w sobie złości latami, ale pamiętać o cudzych błędach, owszem. Pochopnie zmieniam obiekty uczuć, odchodzę, zapominam i bawię się od nowa. Tak bardzo skupiam się na samej sobie. Godzinami zastanawiam się, ile dla kogoś znaczę, czy ten ktoś o mnie myśli, czy mnie kocha, czy zauważyłby mój brak, gdybym nagle zniknęła. Czy tęskni. Ta powłoka, która nie pozwala mi pokazać rozczarowania i każe mi zawsze być ponad wszystko, nawet miłością, jest ze mną tak długo, że nie chcę, aby kiedykolwiek znikała. Jest dobra. Chroni mnie i moje miękkie serce, tak podatne na wszystkie krzywdy, chociaż tak naprawdę jeszcze ich nie zaznałam. Nigdy tak naprawdę nie byłam zakochana. To uświadomił mi on, gdy całował mnie otumanioną alkoholem i szepnął: "Jesteś taka śliczna, ale wiem, że nigdy nie będziesz moja". Tak, miał rację, ja lubię być niczyja, moja własna. Jest inteligentniejszy ode mnie, chociaż nie ma już żadnego znaczenia.
Nie, nigdy się nie zmienię. Jestem zbyt wielkim tchórzem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz