3 września 2012

konfabulacja


Dzisiaj będzie sama prawda. Tylko ta czcionka jakaś pomniejszona. Zaraz ją powiększę, żeby wszyscy widzieli. Prawdę. A ja i prawda raczej kiepsko się lubimy. Złapałam się na zbieraniu słownych inspiracji z Pamiętnika Narkomanki. Sick. Naprawdę, to najbardziej żałosne co kiedykolwiek przyszło mi to tej chorej głowy, ale nie mogę czerpać z tego, co non stop przeplata się ze śmiercią. Uwielbiam tę książkę i każdy wers w niej zawarty, ale dobrze wiem, że nie ma ze mną nic wspólnego. Nie wiem czy szkoda, czy się cieszyć. Kiedyś wydawało mi się, że jestem taka wyjątkowa, a teraz jestem taka zwyczajna.
Całe życie kręci się wokół internetu. W domu nie ma co robić. Jak nie mam dostępu do sieci przez cały dzień to mnie nosi.
Mama wczoraj wzięła mnie na pogadankę, czytaj: mama mnie zdiagnozowała. Inteligentna bestia, tak samo jak ja. Uśmiechałam się cynicznie. No bo co mogłam powiedzieć? Przecież wiem jak się zachowuję. Że uważam się za najlepszą na świecie i że uwielbiam upokarzać innych. Powinna mi była dać na imię Dekadentyzm. Co ja na to poradzę, mamo? Przynajmniej mam bardzo bogatą kulturę osobistą. Potem omal się nie rozpłakałam. Teraz mama stara się mnie naprawić, żebym była bardziej miła i otwarta. Dobrze, byłam dzisiaj miła. Poszłam do apteki i wzięłam ulotkę o odchudzaniu. Naprawdę nie zrobiłam tego złośliwie. Mama wprowadza do domu dietę NŻT (przyp. red. nie żryj tyle) i niby trochę ruchu. Ja to się cieszę, że w tym roku mam wuefy na ostatnich lekcjach. Kupiła wagę. Nie wie, że już mam obsesję na punkcie moich kości. Schudnę może z 4 kilo i zastanowimy się co dalej. Mama cały czas opowiada mi jak to podczas studiów miała staż na oddziale psychiatrycznym, anoreksja blah blah blah. Śmieszne.
Dzisiaj niby 1 września, chociaż już trzeci. W szkole dziwnie, niby znajomi, a obcy. Nie wiadomo jak się zachować. Poszłam na mszę, aby pomodlić się za moją maturę, nie wiem dlaczego. Przyszłam w mojej najlepszej sukience, jak zwykle się spóźniłam. Uwielbiam tę chwilę, gdy wszyscy patrzą na mnie z podziwem. Teraz tylko przeglądam strony sieciówek i kolekcjonuję jesienną garderobę. Matematyka, psyt. Po apelu krótkie pogadanki o niczym ze szkolnymi psiapsiółami. Nie mamy o czym rozmawiać. Moim zdaniem, to aż nazbyt duża przepaść między poziomami intelektualnymi, ale przecież mam być miła. Bądź miła i nie myśl. Tata ciągle piłował mi głowę o wniosek na dowód, więc poszłam. Dziwne to miejsce, ten cały urząd. Wszyscy pozamykani w swoich malutkich biurach, jak w klatkach. Lubią tam siedzieć, nie wpuszczają tam nikogo, jeśli nie muszą. Ja zniszczyłam ich niedostępność. Co z idiota powiedział, że człowiek to istota wolna...? Niektórzy sami się zamykają. Tak jak ja.
Potem szybki szoping szkolny, w tym roku potrzebne mi tylko trzy nowe zeszyty. Koleżanki z równoległych klas kupują kolorowe długopisy z mamami. Na dworze kurewsko gorąco. Spotkałam chłopaka, który kiedyś poprosił mnie o chodzenie, ale udałam, że nie słyszę. Szedł ze swoją nową dziewczyną. Nijaka. Dziwne uczucie. Ciekawe o czym byśmy teraz razem rozmawiali.
Aha, jeszcze robię sobie prawo jazdy. Mój instruktor to super gość, ma dwadzieścia sześć lat i nawet mnie za dużo nie opierdala. Uważa, że za szybko ogarniam i za szybko jeżdżę. Lubi świadomie sobie poprzekręcać moje nazwisko, żeby mnie wkurzyć. W sobotę była moja pierwsza wyprawa na przejażdżkę po Wielkim Mieście. Na początku prowadziła jakaś dziewczyna, która miała dzisiaj egzamin (ciekawe jak jej poszło, okej, wcale mnie to nie obchodzi), nie chciało mi się z nikim gadać i instruktor nazwał mnie Szarą Myszką. Chciałam mu odszczeknąć, ale przecież jestem dobrze wychowana. Prawda była taka, że spałam na tym tylnym siedzeniu. Po piątku byłam skacowana okropnie, chociaż się pilnowałam. I że niby małomówna. Kiedy mój instruktor zabaluje w piątek, w poniedziałek co dwie minuty słyszę "ja pierdolę...". Dobraliśmy się, nie ma co.
Wczoraj jeszcze się jarałam cały dzień, że opublikowali moje zdjęcia z pewnym modowym magazynie. A potem policzyłam sobie ile on kosztuje + przesyłka i wyszło mi powyżej naszych dwustu narodowych. A ta nawet nie Vogue.
Ej, dobra... Teraz myślę nad tytułem tej notki. Jak się pisze całą prawdę, to pisanie postu to zajebiście szybka sprawa.
p.s. Na mojej skrzynce sam śmietnik. Mam słabość do usuwania komentarzy z tego bloga, ale lubię je sobie poczytać. Nie chcę się z wami wdawać w bezsensowne dyskusje. Nie wydaję książki. Nie mam Ganzer Toma. Opanujcie się, ludzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz