Znowu przegięłam i wszystko skończyło się na tym, że mama wysłała mnie do internisty. A ja raczej tak średnio lubię internistów. Najbardziej to lubię laryngologów, kardiologów i jednego pana chirurga, który mnie ostatnio zszywał. Ale dobra. Skutkiem mojej nieleczonej choroby były mistyczne przeżycia na języku niemieckim z temperaturą ciała jakieś trzydzieści dziewięć sześć, ale po lekcji jeszcze odbyłam trzykilometrowy spacerek do domu w mrozie. No i było źle. Bardzo źle.
Mogę teraz powiedzieć, że nigdy nie pomyślałabym trudno jest walczyć. Cieszę się teraz każdym oddechem jak małe dziecko. Oddycham. Śpię spokojnie, nie muszę się pilnować, żeby się nie udusić. Jeszcze zatoki trochę nawalają, boli głowa, czasami mam ochotę wypluć płuca. Ale powoli odżywam. Nawet myślę o szkole, chociaż odpisywanie lekcji przyprawia mnie o mdłości.
Mam zamiar postąpić, cóż, nieodpowiedzialnie, wypłynąć sobie jutro na osiemnastkę, chociaż jeszcze czuję słodkawy posmak antybiotyku.
Czas choroby to całkiem spoko czas na nadrabianie zaległości kulturalnych. I kradnięcie z internetu filmów. Jest spoko. Szkoda, że się już kończy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz