Jest tak beznadziejnie leniwie, że aż źle się z tym czuję. Okradł mnie fatalizm. To jest jeden z tych złych dni. Nie wiem dlaczego, ale postarałam się, żeby dla innych zły nie był. Ugotowałam zupę.
Mam ochotę wrzeszczeć. Wszystkich, których spotykam mam obowiązek darzyć szacunkiem. Osiągnęłam już najwyższy stopień perfekcji i samokontroli, że nawet mnie to męczy. Brakuje mi ostatnio wyobraźni. Nie mogę dotrzeć do najgłębszych granic.
Brakuje mi deszczu, niekończącego się deszczu, równego, takiego, który zabija kolory.
Słucham dużo muzyki. Można powiedzieć, że rozwijam swoje gusta. Są już bardzo szerokie, ale nadal najbardziej kocham trip-hop. To trochę śmieszne, bo moja fascynacja tym stylem zaczęła się zaledwie pół roku temu, wcześniej byłam małą fanką Coldplay i innego alternatywnego usypiacza. Nadal zadziwiam mojego tatę, który pożycza mojego iPoda i razem nucimy sobie Hotel California. Naprawdę czuję się jakbym była gdzieś na wsi, a nie w mieście. Potem przełączam na Björk i Archive i przed oczami przewijają mi się wszystkie momenty, które powinny wydarzyć się w tej chwili. Nie wiem co jest w tych nutach.
Nie przestaję czytać. Bardzo za tym tęskniłam. Czytam nawet sensowną literaturę, już nauczyłam się, co jest chłamem i co muszę omijać, aby nie zaśmiecać sobie głowy i nie tracić potem czasu na porządkowanie mojego małego chaosu, który zresztą lubię.
Bolą mnie oczy.
Naprawdę muszę się stąd już wyrwać. Chyba oszaleję. Wsadziłam mojego mężczyznę w samolot do Sousse, nawet trochę za nim tęsknię. Poszukam paszportu i chyba jutro ucieknę do Berlina, zanim moi przesadnie zorganizowani i w ogóle nie spontaniczni rodzice zdążą mnie zatrzymać na Ławicy.
Mam ochotę wrzeszczeć. Wszystkich, których spotykam mam obowiązek darzyć szacunkiem. Osiągnęłam już najwyższy stopień perfekcji i samokontroli, że nawet mnie to męczy. Brakuje mi ostatnio wyobraźni. Nie mogę dotrzeć do najgłębszych granic.
Brakuje mi deszczu, niekończącego się deszczu, równego, takiego, który zabija kolory.
Słucham dużo muzyki. Można powiedzieć, że rozwijam swoje gusta. Są już bardzo szerokie, ale nadal najbardziej kocham trip-hop. To trochę śmieszne, bo moja fascynacja tym stylem zaczęła się zaledwie pół roku temu, wcześniej byłam małą fanką Coldplay i innego alternatywnego usypiacza. Nadal zadziwiam mojego tatę, który pożycza mojego iPoda i razem nucimy sobie Hotel California. Naprawdę czuję się jakbym była gdzieś na wsi, a nie w mieście. Potem przełączam na Björk i Archive i przed oczami przewijają mi się wszystkie momenty, które powinny wydarzyć się w tej chwili. Nie wiem co jest w tych nutach.
Nie przestaję czytać. Bardzo za tym tęskniłam. Czytam nawet sensowną literaturę, już nauczyłam się, co jest chłamem i co muszę omijać, aby nie zaśmiecać sobie głowy i nie tracić potem czasu na porządkowanie mojego małego chaosu, który zresztą lubię.
Bolą mnie oczy.
Naprawdę muszę się stąd już wyrwać. Chyba oszaleję. Wsadziłam mojego mężczyznę w samolot do Sousse, nawet trochę za nim tęsknię. Poszukam paszportu i chyba jutro ucieknę do Berlina, zanim moi przesadnie zorganizowani i w ogóle nie spontaniczni rodzice zdążą mnie zatrzymać na Ławicy.
Naprawdę bardzo tęsknię za ffth.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz