Minął kolejny tydzień wakacji. Ten spędziłam w małym miasteczku, u babci, z moim milionem kuzynów, śpiąc ściśnięta na dwuosobowym łóżku, które wydawało mi się, pomieściło chyba z tysiąc. No więc tak - zgubiłam się na przejażdżce rowerem po jakiejś okolicznej wiosce (która była wioską opuszczoną, nawiedzoną, poniemiecką i obleciał mnie taki strach, że zapieprzałam rowerkiem bez przerzutek jakieś 10 na godzinę, nie kłamię!), zdarłam kolana na rolkach, wykupiłam połowę zapasu lakieru do paznokci w jakimś tanim sklepiku, grałam w Osadników z Catanu, sympatyczną gierkę, bardzo, bardzo, poza tym popsułam telefon, nie czytałam książek, zgubiłam górę od bikini w jeziorze (gdyby to było morze to jeszcze pół biedy), jadłam tony babcinego żarełka i ani trochę się nie opaliłam. Kompletny dziecior? Spoko. Uwielbiam takie wakacje. Kilkanaście kilometrów od domu.
Jutro chyba pójdę do salonu T-mobile po jakiś nowy telefonik. HTC mi się podoba. Z tatusiem, jestem mało wiarygodna jako klient biznesowy.
I jeszcze muszę zaliczyć Harrego Pottera!
Jutro chyba pójdę do salonu T-mobile po jakiś nowy telefonik. HTC mi się podoba. Z tatusiem, jestem mało wiarygodna jako klient biznesowy.
I jeszcze muszę zaliczyć Harrego Pottera!
Co do dalszych wakacyjnych planów, zaczęłam pakować się w Bieszczady, ale pogoda totalnie powinna dostać wpierdol.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz