1 sierpnia 2011

li lykke li


Uwielbiam Lykke Li! Kocham ją! Może głosowo to nie jest jakieś cudo. Ale to jest sama poezja w indie popie. Niech się schowa jakieś tam Coldplay. Ja oddam wszystko, no prawie wszytsko, jednakże bardzo wiele, żeby znaleźć się na jej koncercie. Naprawdę, nigdy nie zależało mi, aby zobaczyć na żywo jakiegoś artystę, nawet Gagę czy Jacksona. Ale teraz. Ohh.. ciekawe jak Lykke potrafi czarować muzyką na scenie. 
Wounded Rythmes pozostanie jednym z moich ulubionych albumów na zawsze. Kurczę, dlaczego nikt wcześniej nie wymyślił jak idealnie przejść z jednego utworu do drugiego, jak w I follow rivers do Love out of lust. A Silent my song... Rozpływam się normalnie ;).
Nie mogę wyjść z podziwu. Nie potrafię się uwolnić od tej muzyki. Niech się schowa jakaś Katy Perry czy nawet Adele. Wszystkie emocje w jednej nucie.
Co do tych koncertów to jednak przypomniało mi się, że więcej bym dała za bilet na Massive Attack, ale no cóż... To klasyka mojego ulubionego gatunku.
Jest sierpień, było słońce, ale już się schowało. Hmm... chyba urodziny mam niedługo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz